Dzieci nieszczepione są zdrowsze? Sprawdzamy badanie!

Czy dzieci nieszczepione są zdrowsze od szczepionych? Czy dziecko mające 1/21 szczepień jest szczepione? I co tu robią kosmici?

Znana badaczka i naukowiec Justyna S. Udostępnia na swojej stronie artykuł, który dowodzi znacznie lepszego stanu zdrowia dzieci nieszczepionych, które przewyższają kondycją dzieci szczepione. Można by przejąć się tym badaniem gdyby nie drobny fakt, że nie spełnia ono podstawowych cech pracy naukowej.

Ponieważ pani Justyna jest „antyszczepionkowym influenserem”, badanie to zaczęło jednak zataczać szersze kręgi. Niestety, podobnie jak wiele innych informacji podawanych przez środowiska antyszczepionkowe, materiał nie spełnia absolutnie żadnych norm, jakich spodziewać się można po poważnym badaniu i służy JEDYNIE straszeniu rodziców.

Jak duże są wątpliwości?

Ogromne. W badaniu łatwiej wymienić co podano, niż wszystkie braki w danych. Jest ich tak dużo, że zastanawiać powinien sam fakt, że jakieś czasopismo dokonało publikacji. I tu jest pierwszy smaczek, ponieważ faktycznie, czasopismo jest mało znane, a o jego znaczeniu świadczyć może IF na poziomie 0.68 (Impact Factor – czyli wskaźnik tego jak poważne i jak często cytowane jest to źródło.)

Kiedy jednak przyjrzymy się temu co podano do wiadomości jest znacznie, znacznie, znacznie gorzej. Jednak na początku słówko o autorach. To wyjątkowo ważne, dla zrozumienia skąd dystans do badania.

Słówko o autorach…i kosmitach!

Autorów pracy mamy dwóch. Oczywiście żaden z nich nie jest ani epidemiologiem, ani lekarzem. To ważne, żeby zrozumieć, w jaki sposób zdobyli dane medyczne pacjentów i jakie odzwierciedlenie w statystykach mają.

Pierwszym jest Brian Hooker, którego prace naukowe były już wcześniej wycofywane. Utrzymywał on między innymi, że szczepienia są szczególnie groźne dla Afroamerykanów oraz, że szczepienia wywołują autyzm. (Oba badania uznano za nierzetelne i wycofano.) Jest też antyszczepionkową gwiazdą, która wystąpiła w paradokumencie nakręconym przez innego znanego w środowisku twórcę teorii spiskowych…

Znacznie ciekawszą postacią jest jednak Neil Z. Miller, który doczekał się opinii zaklinacza kosmitów. Dlaczego? Ponieważ twierdzi, że utrzymuje z nimi kontakty, a nawet wydał książkę będącą wywiadem z cywilizacją pozaziemską. I chyba z tego jest znany znacznie szerzej niż z badań korelacji, które również okazały się fałszywe… Dla chętnych recenzja jego twórczości.

autorzy badania - brian hooker, którego prace naukowe były wielokrotnie wycofywane i neil z miller,, który doczekał się opinii zaklinacza kosmitów

Rada naukowa bez naukowców?

Zanim pójdziemy dalej, mały wstęp:
IBR, Institutional Review Board (IRB) – ciało administracyjne, które odpowiada za dopuszczenie do realizacji badań. Ma ono chronić pacjentów, prawa człowieka i ogólnie odpowiada za etykę i zgodność z prawem badań przeprowadzanych pod skrzydłami instytucji, z którą rada IBR jest związana.

Dlaczego o tym wspominamy? Bo kolejna ważna rzecz, to powiązania naukowe Briana Hookera z Simpson University. To niewielka jednostka szkoląca personel medyczny, o której niewiele można powiedzieć. To tutaj Brian Hooker zdobył zgodę IRB, pomimo faktu, że uniwersytet prowadzi tylko szkołę pielęgniarską i nie prowadzi żadnego kształcenia lekarskiego czy farmaceutycznego.

Ma to duże znaczenie, ponieważ dla istnienia przyzwoitej rady IRB potrzeba udziału lekarzy i naukowców. Ta konkretna rada jest bardzo mała – ma zaledwie 4 członków, a co gorsze najbliżej statusu badacza jest…psycholog. Wyobrażasz sobie radę dopuszczającą do badań naukowych, w której nie ma naukowców?

Należy również pamiętać, że Szkoła Pielęgniarstwa polega w 95% na pomocniczych jednostkach prowadzących. To oznacza nieustabilizowany wydział, który raczej nie ma kwalifikacji do prowadzenia badań klinicznych. Najważniejszym celem jest edukacja kadry pielęgniarskiej, nie kliniczne badania naukowe.

Ale OK. Zostawmy autorów, darujmy sobie uczelnię i weźmy się za metodologię.

Skąd wzięto dane?

Kolejne słowo wstępu:
EMR, Electronic Medical Record – czyli elektroniczna ewidencja danych medycznych pacjentów.

W pracy czytamy, że „Dane pacjentów pobrano z systemu EMR z 3 gabinetów lekarzy pediatrów w USA”. Czy coś nam to mówi? Nie, absolutnie nic. Mamy badanie z danymi, których źródeł i metodologii nie można ustalić.

Prowadząc badania należałoby zacytować źródło danych klinicznych. Zazwyczaj cytuje się dane ze szpitalnego systemu. W tym wypadku? Możemy jedynie zgadywać, z których gabinetów lekarskich wzięto dane… Czy to ma aż tak duże znaczenie? Tak, ale o tym dalej 🙂

Pytanie, czy któryś z autorów ma kwalifikacje do przechowywania danych klinicznych, czy ktoś im te dane dostarczył mając zapewne nadzieję, że będzie to zgodne z HIPAA… (Czyli ustawą o przenośności i rozliczalności ubezpieczeń zdrowotnych, która reguluje także kwestię prywatności i ochrony danych wrażliwych. Dla uproszczenia, to takie „medyczne RODO” w USA.)

nie wiadomo nic na temat pochodzenia i wiarygodności danych, brak też informacji demograficznych - wiadomo tylko, że dane na temat dzieci szczepionych i nieszczepionych pochodzą z "trzech praktyk"

Problem jest uderzający już na tym etapie, ponieważ nie wiadomo nic na temat pochodzenia i wiarygodności danych. Mogły być pozyskane z naruszeniem prawa lub być nieprawidłowe, nie można wskazać podmiotu odpowiedzialnego i nie wiemy nic na temat sposobu ich prowadzenia i kompletności. To są tak naprawdę pytania głównie o jakość danych. Tym bardziej zasadne, gdy weźmie się pod uwagę ile osób z badania odrzucono.

Znając autorów prawdopodobnie dane są też tendencyjne, dobrane tak, aby pasowały do ich wniosków. Możemy się założyć, że te praktyki lekarskie są „przyjazne dla AV”. Oznaczałoby to, że będziemy mieli np. niezrównoważoną dystrybucję z przytłaczającą reprezentacją nieszczepionych dzieci w stosunku do zaszczepionych dzieci. I tak, są co do tego przesłanki w opublikowanych danych.

Nie chodzi do lekarza, ale czy jest zdrowe?

Ponieważ dane są analizą EMR z bliżej nieokreślonej praktyki lekarskiej (trzech praktyk dla precyzji). A to prowadzi wprost do kolejnych dwóch dużych problemów:

  1. Dane dotyczą osób, które chodziły do lekarza, a nie zdrowia. Po części zostało to wspomniane, ale warto zaznaczyć raz jeszcze: to, że ktoś nie chodzi do lekarza nie oznacza, że jest zdrowy. Może się boi? Może go nie stać? Może nie ma świadomości chorób lub bagatelizuje objawy?
  2. Nie wiadomo jak jest z dobrowolnością szczepień w miejscach skąd pochodzą dane. Można założyć, że im większy rygor tym bardziej osoby nieszczepiące dzieci unikają kontaktów ze służbą zdrowia.

Nie oznacza to, że dzieci są zdrowsze. Oznacza to, że dzieciom odmawia się pomocy medycznej lub korzysta z usług szarlatanów, odwiedzając praktykę lekarską jedynie od czasu do czasu, np. dla formalności.

Przykłady mamy na polskich grupach AV. Odmawianie wizyty na SOR przy złamaniu z obawy przed zaszczepieniem dziecka? Tak, to w Trójmieście. Polecanie sobie na grupach AV „homeopatów rodzinnych” jako alternatywę dla lekarzy? Standard. Radykalne terapie dzieci autystycznych? Często kończą się kalectwem? Przerażający, ale standard, który czasami dostanie się nawet do mediów, gdy dziecko umrze… (Kraków.)

Ile szczepień ma dziecko szczepione?

Skoro nie wiadomo skąd są dane, to skąd pewność, że są nieprawidłowe? A może jesteśmy uprzedzeni?

Niestety, wynika to z tych skrawków jakie ujawnili. Nasi dzielni „badacze” informują nas o zalecanych przez CDC 21 szczepieniach do 1 roku życia, podczas gdy za osobę szczepioną uznają każde dziecko, które otrzymało przynajmniej 1 szczepionkę… Tak, dziecko z 1 na 21 szczepień jest dzieckiem szczepionym. Niby się zgadza, ale jednak nie bardzo…

1 na 21 - autorzy informują, że CDC zaleca 21 szczepień, ale uznają też, że szczepione jest dziecko, które przyjęło już 1 szczepionkę

Brak danych co do lokalizacji nie pozwala też określić czy istniał obowiązek szczepień lub lokalne akcje szczepień interwencyjnych. Mogło się bowiem zdarzyć, że część dzieci „szczepionych” to dzieci nieszczepione wcześniej, które dostały np jedną dawkę szczepienia przed operacją lub w trakcie hospitalizacji, albo jako szczepienie poekspozycyjne (kiedy były np. narażone na kontakt z odrą). Ale tego nie wiemy, bo danych zwyczajnie brak. Nie znamy ani zakresu geograficznego ani ram czasowych. Nie możemy więc sprawdzić tego w żadnym zewnętrznym źródle…

Fajna praca naukowa, której nie można sprawdzić ani pod kątem metodologii, ani nawet doboru osób badanych. Ale będzie jeszcze lepiej, bo „najlepsze” zostawiliśmy na koniec!

Grupa czy grupka badanych?

Kiedy przeprowadza się takie badania należy mieć pewność, że grupy są losowe i mają podobny rozmiar populacji do porównania. I na tym polu problem jest już w pierwszym zamieszczonym przez badaczy wykresie. Odłóżmy krzywe strzałki na bok i weźmy się za liczby.

Zwróćmy uwagę na ilość danych i kryteria wykluczenia. Co rzuca się w oczy? Z przyzwoitej, choć mimo wszystko przeciętnej, grupy 16’696 dzieci odrzucono natychmiast 11’875 z nich. Z pozostałych 4’821 dzieci w drugim kroku usunięto kolejnych 2’774 dzieci… Pozostało więc 2’047 dzieci. Ale na tym nie koniec, ponieważ z tej grupy również zaczęto odsiewać kolejne grupy…

Takie działanie jest niezrozumiałe. Im większa grupa, tym badanie bardziej wiarygodne. Im mniejsza, tym łatwiej jest danymi manipulować, a w najlepszym wypadku najłatwiej narazić się na błędy. Czy badacze odsiali tak dużo danych, żeby mogli podciągnąć wyniki pod dowolną tezę? niekompetencja, czy zastosowano szybki cherry-picking, efekt jest ten sam…

Ale o tym powiemy jeszcze więcej na samym końcu, bo to co się dzieje z danymi to skandal.

Niezrozumiałe kryteria

Dlaczego „badacze” usuwają tych pacjentów? Jak zwykle: brak danych. Tak, tam naprawdę brak jasnych kryteriów wykluczenia! To znaczy, dla uczciwości, „jakieś” kryteria podano. Dla przykładu takie dziwne zdanie:

„Do oceny wzięto pod uwagę inne diagnozy, w tym autyzm i ADD / ADHD. Jednak wśród praktyk istniała niewystarczająca liczba przypadków, aby przeprowadzić rygorystyczną analizę statystyczną”.

Co więc zaliczyli jako opóźnienie neurorozwoju? Dlaczego nie podali szczegółów? Można wrzucić wiele rzeczy w tej kategorii, w zasadzie dowolnie formułując definicję. I skoro nie można przeprowadzić porządnej analizy statystycznej, to dlaczego nie sięgnięto po większe dane?

Albo to:

„Ponieważ infekcje ucha mogą wystąpić więcej niż jeden raz u tego samego dziecka, przypadki zidentyfikowano jako dzieci, które otrzymały kod diagnozy podczas co najmniej jednej wizyty u lekarza. Tak więc, na przykład, dzieci, które miały infekcję jednego ucha lub wiele infekcji ucha były liczone jako przypadki, a dzieci bez zgłoszonych infekcji ucha były liczone jako brak przypadku.”

Co jeśli nieszczepione dzieci dostały dwukrotnie więcej infekcji ucha niż dzieci szczepione? Nic, bo liczy się pierwsza 🙂

Głównym celem badania było pokazanie różnicy w stanie zdrowia czy może, że niezaszczepione dzieci są zdrowsze? Bo jeśli to pierwsze, to należałoby chyba pokazać jak często występowały w obu grupach infekcje chorobami zakaźnymi… No chyba, że badacze uznali, że z braku chorób w grupie szczepionej nie da się obu porównać 😉

Stosując powyższe podejście można z łatwością zgasić dowolny fakt niepasujący do tezy. Można by zakładać niezręczność wypowiedzi lub szukać dobrych intencji gdyby nie fakt, że nie podano danych. Gdzie są liczby bezwzględne? Jak sprawdzić badanie, w którym kluczowe dane pominięto?

Gdzie się podziali chorzy?

Przeglądając badanie zauważysz pewnie, że autorzy zerknęli na bardzo ogólne kryteria, ale zignorowali udokumentowanie przypadków chorób zakaźnych. Dlaczego tak? To są ważne informacje, ponieważ szczepienia chronią przed niektórymi chorobami zakaźnymi i ich powikłaniami. Taki jest ich cel!

Dziwnym trafem te „zdrowsze, bo nieszczepione” (jak mawia się na grupach AV) dzieci są jedynymi, które chorują na choroby zakaźne i cierpią z powodu ich powikłań. Tutaj są twarde dane i statystyki, a naukowcy wyciągają z danych bardzo ostre wnioski. Dlatego tak razi kategoryczne pominięcie w badaniach kwestii chorób zakaźnych.

badania porównawcze dzieci szczepionych i nieszczepionych z pominięciem chorób zakaźnych

Określenie ilości zachorowań wsparłoby lub obaliło teorię „naturalnej i silniejszej odporności nie zniszczonej szczepieniami.” Teorię głoszoną przez AV i jak się wydaje sprawdzaną w tym badaniu. Dane na temat liczby przypadków grypy, meningokoków, krztuśca, odry, świnki, różyczki czy ospy dałyby realny obraz tego, czy osoby niezaszczepione faktycznie są zdrowsze.

Zgodnie z przyjętymi kryteriami niezaszczepione dziecko z powikłaniami odry, sepsą meningokokową lub niepłodnością spowodowaną świnką mogłoby zostać uznane za zdrowsze od dziecka szczepionego, które trafiłoby do lekarza z jednym zapaleniem ucha i regularnymi przeziębieniami. A rozwój astmy u dziecka szczepionego powiązany byłby w „badaniu” tylko ze szczepieniami, bez wykluczenia warunków bytowych typu wielkiej pleśni w całym domu.

Demografia

Autorzy zapominają powiedzieć nam o takich „detalach” jak:

  • pochodzenie etniczne
  • przedział dochodów rodziny (jakiekolwiek informacje o statusie społeczno-ekonomicznym)
  • liczbie wizyt w przychodni w okresie pięciu lat (podstawowe informacje z systemu EMR!)

Dlaczego to takie ważne? Ze względu na mylące czynniki, które mogą zepsuć analizę statystyczną, jeśli nie zostaną uwzględnione.

Szybko zgadniemy, że biała osoba z bogatej rodziny częściej przyjdzie do lekarza z najmniejszym problemem, podczas gdy alkoholik z niskim dochodem raczej będzie stronić od wizyt (o ile będzie go stać na opiekę medyczną swoją i dzieci).

A co z czynnikami środowiskowymi?

Miejsce zamieszkania nie ma znaczenia dla rozwoju objawów astmy, niezależnie od tego czy ktoś mieszka w schludnym domku czy zapleśniałej piwnicy? Czy wykluczano takie czynniki analizując dane na temat choćby wspomnianej astmy lub alergii?

Dodatkowo dochodzą kolejne czynniki społeczne.

Pamiętaj, społeczność AV to głównie biali z zamożnych okolic. Inne domy, wyżywienie, tło rodzinne, dostęp do opieki pozaszkolnej lub możliwość edukacji domowej rodzeństwa…

„Wielka pleśń, alkoholizm rodziców, złe warunki bytowe… Czy nie przesadzacie?”

Oczywiście można powiedzieć, że tak. Jednak istotą badań na dużych grupach jet między innymi to, że takie skrajności nie zaburzają wyników. Im mniejsza grupa badanych, tym większy jest wpływ jednostek na wynik końcowy.

Konflikty interesów

Oczywiście pojawiają się też konflikty interesów, które zawsze nadają pewien smaczek badaniom. Jest to pierwsza rzecz, którą zazwyczaj sprawdzamy w publikacjach. W tym wypadku nie było inaczej:

„Autorzy zadeklarowali następujące potencjalne konflikty interesów w odniesieniu do badania, autorstwa i / lub publikacji tego artykułu: Dr Hooker jest płatnym doradcą naukowym i zasiada w radzie doradczej Focus for Health (wcześniej Focus Autism). Zasiada również w radzie powierniczej ds. Obrony zdrowia dzieci (wcześniej World Mercury Project) i jest również płatnym niezależnym wykonawcą Children’s Health Defence. Dr Hooker jest ojcem 22-latka, u którego zdiagnozowano autyzm i opóźnienia rozwojowe. Miller jest dyrektorem Thinktwice Global Vaccine Institute i był płatnym konsultantem dla Physicians for Informed Consent.”

Czy to problem? „To zależy” 😉 Bycie płatnym konsultantem GDZIEKOLWIEK to problem tylko wtedy, kiedy jesteś zwolennikiem szczepień… Jeśli jednak jesteś lub sprzyjasz antyszczepionkowcom, to wtedy „jest spoko” i nie ma znaczenia skąd masz pieniądze, komu sprzyjają badania i jak je przeprowadzono. Ani to, że przypadkiem sprzyjają samemu badaczowi i prowadzonym przez niego placówkom 🙂

Nie można jednak zaprzeczyć, że autorzy osiągają ogromne korzyści (zwłaszcza, lecz nie tylko finansowe) w przedstawieniu, że nieszczepione dzieci są „lepsze” niż te zaszczepione. Trudno przemilczeć tutaj analogię do „dorobku naukowego” Andrew Wakefielda, któremu dowiedziono fałszowanie badań na temat szczepień, prowadzenie nieetycznych badań, branie pieniędzy za plecami…

Wisienka na torcie: brak dzieci szczepionych?

Ostatnia kwestia, to bardzo dziwne przedziały porównawcze. Trochę ten temat zaznaczyliśmy, ale manipulacja w tym badaniu jest na tyle poważna, że trzeba ten wątek rozwinąć osobno.

Przypomnijmy, że w tej grupie 2047 uznano 1414 dzieci za szczepione. Potem podzielono te dzieci na grupy zgodnie z ilością szczepień. Dzieci w badaniu jest tak mało, a widełki tak duże, że wyciąganie jakichkolwiek wniosków jest absurdalne.

Podział wygląda tak:
1-2-3-4-5 szczepień = 353 dzieci
6-7-8-9-10 szczepień = 390 dzieci
11-12 szczepień = 417 dzieci
13-14-15-16-17-18-19-20-21 szczepień = 254 dzieci

Kilka rzeczy rzuca się w oczy natychmiast.

Ponad połowa „szczepionych” dzieci nie ma nawet połowy zalecanych szczepień!
(743/1414)

Aż jedna czwarta „szczepionych” dzieci ma MAKSYMALNIE 5 z 21 szczepień!
(353/1414)

Grupy są … dziwne. Grupa trzecia to przedział dwóch szczepień, grupa czwarta już dziewięciu.

Nie wiadomo, czy w grupie dzieci „szczepionych” było choć jedno z kompletem szczepień.

Bez podania dokładnych liczb, co jest kuriozum niespotykanym w żadnych normalnych badaniach, można założyć jeszcze jeden skrajny warunek. Jest duża szansa, że jedna czwarta badanych dzieci ma ledwie 1 (słownie: JEDNĄ) szczepionkę, a drugie tyle 6 z zalecanych 21 dawek szczepień! To wynika z danych, jakie zdecydowali się pokazać badacze.

Grupa trzecia ma przedział szczepień na poziomie 11-12. Czy dlatego, że gdyby ustawiono go wyżej, to w grupie czwartej wcale nie byłoby dzieci? Tak, dane zostały przedstawione w sposób, który uniemożliwia stwierdzenie, czy w badanej grupie było choćby jedno dziecko z kompletem szczepień zgodnym z zaleceniami CDC…

Zaufasz?

Teraz pytanie do Ciebie: czy zaufasz tak przeprowadzonemu badaniu?

Ta publikacja pierwotnie pojawiła się na grupie Szczepienia – Rozwiewamy Wątpliwości. Autorzy: Anna Denslow & Rafał Nitychoruk

Spis treści